Dieta dr Dąbrowskiej – efekty i wrażenia po 6 tygodniach


Zapraszam dziś na kolejny wpis z serii artykułów poświęconych diecie owocowo-warzywnej. Z góry informuję, będzie ich dużo więcej. Temat mocno mnie zainteresował i bardzo chciałabym ciebie również nim zaciekawić. Jeśli nie za bardzo się orientujesz, czym jest dieta dr Dąbrowskiej i chciał(a)byś dowiedzieć się kilku podstawowych informacji na jest temat, na początek polecam przeczytać ten artykuł. Dowiesz się w nim, na czym polega dieta, ile trwa, co można, a czego nie można jeść i pić, jakie są przeciwwskazania do jej rozpoczęcia. Podlinkowałam tam również książeczki dr Dąbrowskiej, które zachęcam przeczytać oraz bardzo fajny i uświadamiający wykład, który w szczegółowy sposób opisuje miany, jakie zachodzą w naszym organizmie na skutek procesu samoleczenia.

Jeśli już posiadasz garść teorii i nosisz się z zamiarem rozpoczęcia postu, w tym wpisie znajdziesz 6 moich wskazówek, co należy zrobić przed przystąpieniem do diety. Jestem ciekawa, czy ci się przydadzą i czy masz swoje własne sposoby na dobre przygotowanie do niej. Napisz koniecznie w komentarzach pod artykułem.

Dieta dr Dąbrowskiej – efekty i wrażenia

Dziś będzie o moich doświadczeniach. Czy było warto, czy było ciężko, co mi dała dieta, czy miałam chwile załamania, czy bardzo doskwierało mi uczucie głodu, czy ciężkie są kryzysy ozdrowieńcze, jakie pozytywne zmiany zaobserwowałam u siebie, co się z kolei nie sprawdziło. Czyli moje rezultaty po 6 tygodniach poszczenia.

Moje oczekiwania

Na dietę przeszłam w zeszłym roku za namową koleżanki, która szukając sposobu na to, jak podreperować swoje zdrowie metodą naturalną, natknęła się na książki dr Fuhrmana „Jeść, by żyć” oraz T. Colina oraz Thomasa M Campbella „Nowoczesne zasady odżywiania” i przy okazji dowiedziała się o dr Dąbrowskiej. Za jej namową, spróbowałam. I nie żałuję.

Dietę rozpoczęłam w pod koniec sierpnia 2016 roku i założyłam sobie, że wytrwam 42 dni, jeśli tylko samopoczucie mi na to pozwoli. Na tamten moment mój ogólny stan zdrowia oceniałam jako bardzo dobry, nie konsultowałam się więc z lekarzem. Generalnie jestem tą szczęściarą, która praktycznie nie choruje wcale. W ciągu 12 lat pracy zawodowej nigdy nie byłam na zwolnieniu lekarskim, omijają mnie wszelkie grypy, przeziębienia powodowane zmianą pogody, nie przyjmuję też żadnych leków, szczególnie tych ogólnodostępnych w sklepach.

Moim głównym celem było zrzucenie paru kilogramów oraz pozbycie się kilku dolegliwości – coś na zasadzie małego eksperymentu. Zaopatrzona w obszerną wiedzę, oczekiwania, muszę przyznać, miałam wielkie. Czytając o tych wszystkich cudach, znikających bliznach, zmianach zwyrodnieniowych, cofających się chorobach przewlekłych, na własnej skórze chciałam przekonać się, co też mnie ciekawego spotka. Czy będę w stanie pozbyć się blizny po złamaniu otwartym (sprawa sprzed 25 lat), czy znikną mi pajączki na nogach (genetyka? Mama ma podobnie), czy mój organizm jest w stanie sam rozprawić się rozregulowanym układem hormonalnym (od lekarzy ciągle słyszę „pani już tak ma”).

Samopoczucie

Na diecie wytrwałam 42 dni, choć wytrwałam mogę tu ująć w cudzysłów, ponieważ przez cały czas czułam się bardzo dobrze i momentów załamania nie było. Charakterystyczny dla postu spadek nastroju i gorsze samopoczucie w jego pierwszych dniach praktycznie mnie ominęły. Właściwie tylko drugiego dnia postu byłam śpiąca i bolała mnie głowa, więc nie przywiązywałam do tego zbyt dużej wagi. Być może była to jednak oznaka, że organizm rozpoczął proces oczyszczania i uwalniał z tkanek toksyny, które wędrując we krwi, wywołały chwilowe pogorszenie nastroju. Poza tym nie odczuwałam żadnych przykrych dolegliwości, nie przechodziłam też kryzysów ozdrowieńczych, co niekoniecznie musi oznaczać, że mój organizm nie ma z czym walczyć.

Moje dni pod względem ogólnego samopoczucia i stanu mojego zdrowia nie były gorsze od okresu sprzed postu. Wręcz przeciwnie. Przez cały ten okres czułam się lżej, byłam bardziej wypoczęta, odzyskałam energię i chęć do życia. Wrócił dobry, głęboki sen. Każdego dnia budziłam się rześka o 6 rano (lub wcześniej) gotowa na rozpoczęcie nowego dnia. Zapomniałam co to znaczy włączać w telefonie drzemkę (mój niechlubny rekord to półtorej godziny wybudzania się i zasypiania co 10 minut). W ciągu dnia po posiłkach nie było tzw. zjazdu i ochoty na poobiednią sjestę. Oczywiście im dłużej byłam na poście, tym organizm był coraz słabszy, jednak nie na tyle, abym nie mogła normalnie funkcjonować. Musiałam zrezygnować tylko z uprawiania sportu.

Uczucie głodu

Głód odczuwałam praktycznie tylko i wyłącznie przed posiłkami (jadłam 3 razy dziennie). Nigdy nie zdarzyło się, aby ssało mnie w żołądku lub ogromnie burczało mi w brzuchu. Przypuszczam więc, że ośrodek głodu został wyłączony. Co prawda nie monitorowałam ilości spożywanych kalorii, ale zakładam, że mieściłam się w dozwolonym limicie 800 kcal dziennie. Biorąc pod uwagę, że jadłam w 90% wyłącznie warzywa, które tych kilokalorii mają w sobie bardzo mało, moje porcje były sporych rozmiarów i najadałam się do syta zachowując przy tym wymagany limit.

Dieta dr Dąbrowskiej - efekty i wrażenia

Posiłki i zmiana smaków

Od ponad 5 lat nie jadam w ogóle mięsa, więc przejście na inny sposób odżywiania nie było dla mnie wielkim problemem. Na początku jadłam wyłącznie surowe jarzyny i przyprawiałam je ziołami, potem już zaczęłam je gotować lub piec, bo czasem pobolewał mnie brzuch. Zrezygnowałam całkowicie z soli.

Muszę powiedzieć, że im dłużej pościłam, tym te potrawy bardziej mi odpowiadały, nabierały głębszego smaku, zaczynały po swojemu pachnieć. Odkryłam seler naciowy, który wcześniej był dla mnie nie do przełknięcia, pokochałam ciepłą wodę z cytryną i imbirem, zielone koktajle, słodziutką czerwoną paprykę i buraki oraz wszelkie odmiany kapusty, z kiszoną włącznie. Po raz pierwszy wiedziałam, że przejście na dietę wegańską jest możliwe. Myślałam o tym od wielu miesięcy, ale perspektywa zrezygnowania z sera żółtego przed postem wydawała się niemożliwa. A jednak. Tęskniłam oczywiście trochę za kaszami, szczególnie gryczaną, owocami, słodyczami (jak na słodyczoholiczkę przystało), ale ku mojemu zaskoczeniu całkowicie zapomniałam o kawie, chlebie, serze i makaronach, które były podstawą moich wcześniejszych posiłków. Rozumiem jednak, że osoby, które na co dzień jedzą duże ilości mięsa, mogą odczuwać pewien dyskomfort i po kilku tygodniach na warzywa ciężko im patrzeć.

Pod koniec diety ja też coraz częściej zastanawiałam się nad tym, co też dobrego ugotuję już po, torturowałam się filmikami typu „co jem w ciągu dnia”, „przepisy na ciasta bezglutenowe”, ale wszystko krążyło wokół produktów wegańskich. Ostatecznie dnia 43 zjadłam na śniadanie banana 🙂

Największy problem miałam z urozmaicaniem posiłków, mój jadłospis był daleki od doskonałości Brak czasu powodował, że nie zawsze mogłam sobie pozwolić na długie przesiadywanie w kuchni i wymyślanie potraw. Starałam się więc w weekend ułożyć plan posiłków na cały tydzień, by potem nie robić nieprzemyślanych zakupów i nie tracić czasu na zastanawianie się, co też bym mogła ugotować. Mimo wszystko bardzo często te potrawy się jednak powtarzały. Mając w perspektywie 6 tygodni na samych warzywach i kilku owocach trzeba być kreatywnym w kuchni i po prostu smacznie oraz różnorodnie jeść.

Skóra i włosy

Zgodnie z zaleceniami ograniczyłam przyjmowanie kosmetyków do pielęgnacji ciała, używałam niewielką ilości płynu do kąpieli, przestałam balsamować ciało i nawilżać skórę twarzy oraz stosować antyperspirant. Wszytko po to, aby nie wprowadzać do organizmu niepotrzebnych związków dostępnych w produktach do dziennej pielęgnacji i nie spowalniać procesu oczyszczania. Na okres postu przestałam się też malować. Jak się do czegoś zabierać, to na 100%. Cała ja 🙂

Czy mi to coś pomogło? Szczerze powiem, nie wiem. Skóra była sucha, mogłam po niej pisać paznokciem, widocznie taki już jej urok. Zdecydowanie jednak poprawiła mi się cera, z twarzy zniknęły wypryski i krostki, twarz była gładsza, bardziej promienna. Tyle co ja się w tym czasie komplementów nasłuchałam, że wyglądam pięć lat młodziej, że służy mi nowy sposób odżywiania, to chyba nigdy w życiu nie doświadczyłam czegoś takiego. Komplementowali mnie i mężczyźni, i kobiety. Nie przypuszczałam, że zmiany tak bardzo będą dla innych widoczne.

Włosy – ciężko jest mi jednoznacznie określić, jak post wpłynął na ich kondycję, bo nie traktuję ich zbyt dobrze. Po każdym myciu suszę suszarką i używam prostownicy i to się nie zmieniło. Zauważyłam, że trochę mniej ich wypadało w tym czasie, jednak okres, kiedy włosy nie wymagały mycia raczej mi się nie wydłużył.

Dieta dr Dąbrowskiej - efekty i wrażenia

WOW

W zasadzie po pierwszym tygodniu wpadłam w osłupienie. Największe i najbardziej widoczne dla mojego oka zmiany miały miejsce właśnie wtedy. To rezultat tego, że organizm pozbywał się nadmiaru wody, więc i ja robiłam się coraz mniejsza. Przypuszczam, że straciłam w tym czasie kilka kilogramów. Koszule przestały być opięte na rękach, buty i spodnie stały się luźniejsze. Niestety nie posiadam wagi w domu, więc dokładnie nie mogłam monitorować jej spadku, ale sama byłam zaskoczona, że różnica w moim rozmiarze była zauważalna praktycznie natychmiast. W pozostałych tygodniach ten spadek nie był tak spektakularny, chudłam mimo wszystko systematycznie, wolniej, ale jednak. Po zakończeniu diety waga wciąż spadała i myślę, że ostatecznie, tak na oko, straciłam 8 kilogramów.

Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie to rozprawa z cellulitem. Wierzcie albo nie, cuda się zdarzają 😉 Wymagało to całych 6 tygodni, ale się udało. Nie twierdzę, że zniknął całkowicie, ale zmniejszył się bardzo. Ciężko mi było zobaczyć go gołym okiem, więc albo byłam ślepa, albo rzeczywiście dieta dr Dąbrowskiej jest najlepszą bronią w walce z pomarańczową skórką.

Moje małe problemy

Post nie wyeliminował moich głównych dolegliwości. Wciąż puchną mi nogi, mam pajączki, a na prawej ręce bliznę po złamaniu otwartym. Układ hormonalny jeszcze po zakończeniu diety jak był rozregulowany, tak pozostał i tu rozczarowałam się najmocniej. Czytając wiele na temat postu i jego spektakularnych rezultatów liczyłam na to, że nastąpi znaczna poprawa. Po 42 dniach było jednak tak samo. Z biegiem tygodni coś zaczęło się zmieniać, wciąż nie jest idealnie, ale nastąpiła niewielka poprawa. Liczę więc na to, że kolejny post bardziej mi w tej kwestii pomoże.

Ogólne podsumowanie i wrażenia

Biorąc pod uwagę jak się czułam przez cały okres 6 tygodni, diety dr Dąbrowskiej zdecydowanie nie przechodziłam książkowo. Wcale jednak nie musiałam. Każdy organizm jest różny, mamy różne predyspozycje genetyczne, wywodzimy się z innych środowisk, prowadzimy odmienny styl życia (siedzący lub aktywny), inaczej się odżywiamy, nasz aktualny stan zdrowia również różni się od siebie. Zaczynając post, rozpoczynamy go z innego pułapu zdrowotnego, tak więc i nasze doświadczenia muszą być różne. Ponieważ jest to post leczniczy, dr Dąbrowska w swoich opracowaniach skupiała się przede wszystkim na tzw. ciężkich przypadkach, ludziach otyłych, którzy mieli nie tylko problemy z wagą, ale także z cukrzycą, nadciśnieniem, miażdżycą. Wielokrotnie udowadniała, że jednak jest możliwy powrót do równowagi. Ja, jak wspomniałam już wcześniej, uważałam siebie za osobę zdrową. Być może zachodziły w moim organizmie jakieś spektakularne procesy naprawcze, ale były niewidoczne dla mojego oka.

Jest natomiast jedna rzecz, którą mi ten post zdecydowanie dał. A dał mi ogromną radość i entuzjazm oraz wiarę, że można się inaczej odżywiać. Każdego dnia na czczo piję więc ciepłą wodę z cytryną i imbirem (w ogóle dużo więcej piję wody), w sklepach czytam etykiety produktów, praktycznie nie jem makaronów (zjadłam 2 razy) i chleba (zjadłam z 6 razy). Jeśli gotuję, to jak najbardziej w oparciu o produkty roślinne, jak tyko mogę to beztłuszczowo i bezglutenowo. Swoją kolekcję przepisów urozmaiciłam o kilka pysznych dań.

Czy mam na swoim koncie porażki? Niestety tak. Po pierwsze w ogóle pominęłam wychodzenie z postu, a ten etap jest nawet ważniejszy niż fakt bycia na diecie. Stopniowe wprowadzanie produktów pozwala na długotrwałe utrzymywanie osiągniętych rezultatów. Po drugie, mimo całego wysiłku po paru miesiącach wróciłam do 3 starych, wstrętnych, obrzydliwych i niezdrowych nawyków: jedzenia pizzy serowej, olbrzymiej ilości słodyczy i chipsów, co spowodowało, że wróciła poprzednia waga.

Czy jestem rozczarowana? Sobą trochę tak, postem zdecydowanie nie. Moje grzechy żywieniowe zrzucam trochę na karb życia w stresie, choć z pewnością pominięcie etapu wychodzenia miało na to duży wpływ. Jeśli więc zadasz mi dziś pytanie, czy warto, bez wahania odpowiem TAK. Tak dobrze jak wtedy, nie czułam się nigdy. A ponieważ minęło już pół roku od zakończenia diety dr Dąbrowskiej, jutro podejmuję kolejne 6 tygodniowe postne wyzwanie. Jestem tym bardzo podekscytowania 🙂 Na blogu będzie szczegółowa relacja z każdego tygodnia, zaglądaj więc tu regularnie!

Jeśli chiał(a)być podzielić się ze mną swoimi doświadczeniami lub jeśli jesteś obecnie na diecie, koniecznie daj znać w komentarzach. Będziemy wspierać się nawzajem. Tymczasem do usłyszenia wkrótce 🙂


Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz