Jak się zmotywować – moje sposoby na to, by zacząć działać

Prześlij dalej nie bądź taka
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dziś przedstawię ci moje sposoby na to, jak się zmotywować. Dużo się mówi o motywacji, o tym, co zrobić by, jak to się często powtarza, „człowiekowi chciało się tak, jak mu się nie chce”. Zauważyłam, że coraz częściej, głównie wśród przedsiębiorców i osób, które ukierunkowane są na osiąganie celów, występuje przekonanie, że motywacji niepotrzebnie przypisuje się tak duże znaczenie. Że motywowanie to mit, wyświechtane hasło, które nie do końca działa, a nawet w ogóle nie działa. Z drugiej strony są korporacje, które, przecież także nastawione na cel, poświęcają dużo uwagi temu zagadnieniu i szczycą się tym, jaki pakiet motywujących narzędzi mają do zaoferowania. Sama niedawno „siedziałam” w tym środowisku i jako lider zespołu wspólnie z managerką zastanawiałyśmy się, w jaki sposób zachęcać ludzi do pracy. Były i słowa pochwały na zebraniach zespołu, i dodatkowe dni wolne, premie, możliwość pracy z domu, udział w zamkniętych szkoleniach, itd.

Dwa lata temu na koniec grudnia omawiając roczny raport przedstawiający statystyki i osiągnięcia zespołu, każdej osobie podziękowałam za włożony w pracę trud i wysiłek. Powiedziałam mniej więcej coś takiego: „a na zakończenie jeszcze chciałabym podziękować…” i tu padło imię pracownika i moje uzasadnienie, za co tej osobie dziękuję. Zależało mi na tym, by każdemu podziękowaniu nadać osobisty charakter. Po spotkaniu usłyszałam od zespołu, że było to bardzo inspirujące i motywujące.

Często jednak, mimo całego zestawu możliwości, jakimi dysponowaliśmy w firmie, pracowników zmotywować się nie dało i odchodzili albo do innego działu, albo zmieniali firmę. Dlaczego system przestał działać? Pytanie, czy on na dłuższą metę w ogóle funkcjonuje.

 

CZYM JEST MOTYWACJA

Motywacja jest niczym innym jak emocją. A emocje pojawiają się i znikają. Tak jak radość, złość, zadowolenie, smutek, zdziwienie. To nie są stany, które towarzyszą nam permanentnie. Bywa, że jesteśmy szczęśliwe i mamy ochotę góry przenosić, potem następuje spadek energii i już nic nam się nie chce. Nie można więc oczekiwać, że zmotywowane będziemy cały czas. Ale nawet jeśli motywacja jest przereklamowanym pojęciem, można ją w sobie wzbudzić. Sama mam swoje sztuczki i triki, które stosuję, kiedy tej motywacji brakuje. I dziś ci o nich opowiem.

 

WAŻNY DLA MNIE CEL

Jeśli czegoś nie znoszę robić, to za chiny ludowe nic mnie do tego nie zmusi. Będę przekładać to w nieskończoność, odpychać od siebie, a i tak tego nie wykonam. Bardzo świadomie jestem gotowa ponieść konsekwencje zaniechania. W najlepszym wypadku szukam sposobu, by zadanie zdelegować. Są też takie czynności, których nie lubię wykonywać, ale je robię, bo muszę. Wtedy też trudno jest mi się za nie zebrać i ruszyć przysłowiowy tyłek. Na dłuższą metę motywują mnie do działania tylko te zadania i cele, które mnie mocno uszczęśliwiają. Są dla mnie emocjonalnie ważne i w moim odczuciu mają dla mnie sens. Jeśli dobrze umotywuję cel, wystarczy tylko, że przypomnę sobie wszystkie powody, dla których chcę go osiągnąć. Pragnienie, które pcha mnie do codziennej pracy, wypływa z wewnętrznej potrzeby. Jest niezależne od zewnętrznych okoliczności.

 

OTACZAM SIĘ INSPIRUJĄCYMI OSOBAMI

Jestem taką postacią, którą sukcesy innych bardzo nakręcają i zachęcają do wytężonej pracy. Śledzę działalność kilku osób powszechnie znanych i próbuję przenieść ich system pracy na swój grunt. Najczęściej jednak inspirują mnie ludzie, którymi się fizycznie otaczam. Przebywanie w ich towarzystwie, rozmowy, obserwacja ich zachowania sprawia, że chce mi się więcej. Zawsze są to osoby, które wyróżniają się czymś na tle innych. Albo posiadają zestaw kompetencji, które sama chciałabym posiadać, albo wręcz przeciwnie. Ich styl życia, negatywne cechy charakteru (które pewnie zauważam u siebie) tak bardzo mnie rażą i denerwują, że robię wszystko, by być inna niż oni. Jedni i drudzy motywują mnie do pracy. Jedni i drudzy czegoś mnie uczą.

Jedną z osób, które inspirowały mnie pozytywnie, była moja managerka. Przyjęto nas do firmy w tym samym momencie. Pracowałyśmy w zespołach, które ściśle ze sobą współpracowały. Bardzo szybko ze „zwykłego” pracownika dziewczyna awansowała na lidera zespołu (również mojego). Potem nasze drogi się rozeszły i po kilku latach, kiedy i mnie mianowano na lidera, została moją managerką. Miałam więc okazję obserwować ją od początku jej obecności w firmie. W moim odczuciu swoją karierę prowadziła wręcz książkowo. Imponowała mi. Podobało mi się jej podejście do pracy. Była sumienna, obowiązkowa, nastawiona na cel (umysł zadaniowca), bardzo konkretna, przy tym jednak otwarta na sugestie, elastyczna. Jako lider dbała o załogę, nasz rozwój i komfort pracy.

Również wśród samych członków zespołu były osoby, które dawały mi pozytywnego kopa do działania. Zanim objęłam pozycję lidera, skupiałam się wyłącznie na swojej robocie i średnio interesowało mnie, co robią inni. Po nominacji do moich obowiązków należała między innymi analiza pracy każdego pracownika. Było to bardzo ciekawe i pouczające doświadczenie. Po raz pierwszy tak dobitnie widziałam całe spektrum różnych osobowości, podejścia do pracy. Często byłam pod wielkim wrażeniem ponadprzeciętnych umiejętności. Możliwość przebywania wśród takich osób, uczenia się od nich popychała mnie do tego, by jeszcze bardziej pracować nad sobą i nie tracić zapału do pracy.

 

POCZUCIE ZADOWOLENIA Z DOBRZE WYKONANEJ ROBOTY

Jeśli robię coś, z czego jestem dumna, chcę robić tego po prostu więcej. Im większy trud i wysiłek wkładam w zadanie, im więcej wyzwań udaje mi się przezwyciężyć, tym osiągam wyższy poziom zadowolenia. Takie poczucie wewnętrznej satysfakcji z siebie i dobrze wykonanej roboty bardzo pomaga działać. Motywuje na przyszłość. Gdy przy okazji uda się pomóc innym, gdy ktoś może na mojej pracy skorzystać, unoszę się parę metrów nad ziemią. Bo nic tak na dłuższą metę nie cieszy, jak uśmiech drugiej osoby i poczucie sensu wykonywanej pracy.

INFORMACJA ZWROTNA

Tak zwany feedback. Może to być zarówno pochwała, jak i konstruktywna krytyka. Słowa uznania cieszą oczywiście bardziej. Dodają skrzydeł. Jak ktoś pochwali, powie coś miłego, od razu lepiej się człowiekowi robi na sercu. Nawet jeśli wydaje mi się, że zawaliłam. Kiedy coś nie do końca poszło tak, jakbym tego oczekiwała, dobre słowo oraz wiara we mnie i moje możliwości zachęcają do tego, by następnym razem jeszcze bardziej się postarać i zrobić coś lepiej niż poprzednio.

Do wytężonego wysiłku pobudzają mnie doping i przybite piątki na trasie półmaratonów. Kiedy ktoś krzyczy „dasz radę”, „jest dobrze”, biegnę mimo ogromnego zmęczenia i bólu. Cieszy mnie również każda subskrypcja i zostawiony na stronie komentarz. Widzę wtedy, że to co robię, nie przechodzi bez echa. Nie mam ambicji, by cię inspirować. Wystarczy, że dostarczę ci jakąś formę rozrywki, uprzyjemnię 5 minut twojego życia. Dlatego tak bardzo zależy mi na twojej aktywnej obecności na blogu. Chciałabym więc mocno cię poprosić byś, jeśli spodoba ci się mój post, zostawiła na dole komentarz i napisała, jakie są twoje sposoby na to, by zacząć działać. A jeśli uważasz, że nam ze sobą po drodze, dołącz do grona stałych czytelników bloga i zapisz się do newslettera. Wtedy to już w ogóle będzie mi się chciało 🙂 Oprócz tego, że zaczniesz na bieżąco otrzymywać powiadomienia o każdym wpisie, w niedalekiej przyszłości otrzymasz w prezencie wzór „dzienniczka Faustyny” do wykorzystania przez ciebie (prace trwają). Planuję także inne, dodatkowe bonusy, ale o tym później 😉

ODPOWIEDNIE WARUNKI DO PRACY

Wywietrzone pomieszczenia, ogólny ład w mieszkaniu, porządek na biurku, przy którym siedzę, rzeczy schowane do szafy, posprzątana kuchnia, itp. bardzo sprzyjają koncentracji. W uporządkowanym pokoju z dostępem do tlenu lepiej mi się tworzy. Nieporządek z kolei wywołuje chaos w głowie. Gonitwa myśli nie pomaga się skupić i wytrąca z rytmu. Mózg wolniej pracuje. Zanim więc zabiorę się do pracy, czegokolwiek, nawet do ćwiczeń fizycznych, robię względny porządek i wietrzę mieszkanie. Wprawdzie jak mam dużego lenia nawet czystość nie pomoże, ale ubrudzony stół jak u sławnego Rurka z TVN-u zawsze mnie zniechęci 🙂

Odpowiednie warunki do pracy do dla mnie cisza i spokój. Nie jestem w stanie pisać, czytać, ani przy włączonym telewizorze, ani przy dźwiękach muzyki. Podziwiam osoby, które przy muzyce, z słuchawkami na uszach tak potrafią się wyłączyć, że nie dochodzą do ich świadomości żadne inne odgłosy. Ja tak niestety nie potrafię. Nie mogę się wtedy skoncentrować, wszystko mnie rozprasza, myśli rozbiegają się w różne strony. Dbam więc o to, by nikt i nic mi nie przeszkadzało. Dotyczy to również telefonu, który na czas pracy wyłączam. Nic tak nie wkurza i nie odciąga od obowiązków, jak wibrująca komórka po przyjściu wiadomości czy włączające się automatycznie powiadomienia.

 

ODPOWIEDNIE NASTAWIENIE

Myślę tu o odpowiednim nastawieniu do dnia, na które składa się kilka pomniejszych spraw. Po pierwsze aktywność fizyczna i zdrowe odżywianie. Próbuję sobie teraz przypomnieć, czy kiedykolwiek udawało mi się realizować cele, gdy te dwie kwestie odwiesiłam na kołek. Chyba nigdy. U mnie ćwiczenia fizyczne i zbilansowana „dieta” zawsze idą w parze. Są ze sobą ściśle powiązane. Siada jedno, sypie się drugie, a potem jak kostki domina, wali się cała reszta. Już tak niestety mam, że „biorę wszystko albo nic” i półśrodki na mnie nie działają. Oczywiście jako etatowy pracownik zawsze, bez względu na okoliczności, wywiązywałam się ze swoich obowiązków i to całkiem nieźle. Nawet wtedy, gdy nie uprawiałam sportu, a ciastka jadłam na śniadanie, obiad i kolację. Mimo wszystko praca kosztowała mnie wówczas sporo wysiłku. Nie miałam po prostu energii, którą daje mi wysiłek fizyczny i zdrowe jedzenie. Przychodziłam do biura i odrabiałam pańszczyznę. Następnie wracałam do domu i zamulałam.

Kiedy więc poćwiczę rano (wtedy lubię najbardziej), zjem dobre, pożywne śniadanie, od razu mam poczucie, że dobrze zaczęłam dzień i wykonywanie obowiązków idzie mi łatwiej.

Jakiś czas temu wprowadziłam do życia rytuał poranny i wieczorny, ponieważ uważam, że przekuwanie czynności w nawyk eliminuje wahania. Pisałam o nich między innymi w poprzednim wpisie o tym, jak planuję swój dzień. Rytuały oraz ogólnie przyjęty stały harmonogram dnia pomagają mi ogarnąć chaos. Kiedy dobrze rozpocznę dzień, zgodnie z tym, jak go zaplanowałam poprzedniego wieczoru, nie zastanawiam się, czy mi się chce czy nie chce. Po prostu siadam przy stole i wykonuję robotę. Jak rutyny nie ma, najczęściej zawalam wszystko po kolei.

 

SYSTEM KAR

Już tak mam, że bardziej mobilizuje mnie do działania wyobrażenie poniesionej straty, niż możliwość zyskania przyjemności. Strach przed utratą czegoś wpływa na mnie motywująco zawsze, wizja odniesienia sukcesu już niekoniecznie. Działa to szczególnie w sytuacji, kiedy chcę się pozbyć złego nawyku. Wdrażając system kar coś, co kiedyś było tylko pobożnym życzeniem, automatycznie przechodzi do szufladki z napisem „muszę”. W momencie, kiedy tworzę cel i szukam swojego „dlaczego”, piszę: „Jak tego nie wykonam, to….”. Próbuję wówczas za wszelką cenę obrzydzić sobie porażkę i „jadę” bardzo emocjonalnie. Zahaczam o moje słabe punkty, obiecuję, że zrobię coś, czego w życiu nie chciałabym uczynić, itp. Zawsze pomaga.

 

PRESJA ZEWNĘTRZNA

Kiedyś była nią po prostu praca na etacie. Ile to razy po przebudzeniu nie miałam ochoty wstać z łóżka, ale moje wewnętrzne poczucie obowiązku w stosunku do pracodawcy i kolegów nakazywało się ubrać i wyruszyć do biura. Zmotywowana czy nie do pracy szłam. Nawet w miesiącach, kiedy dobitnie odczuwałam skutki wypalenia zawodowego, nigdy nie zdarzyło mi zawalić roboty. Nie brałam urlopu na żądanie. Nie dzwoniłam do kierownika, że źle się czuję i lepiej będzie, jak dziś zostanę w domu, kiedy tak naprawdę na nic nie miałam siły. Była praca do wykonania i się ją po prostu robiło. Nie chciałam ani okłamywać szefa, ani dokładać obowiązków współpracownikom. To nie w moim stylu. Dziś już nic nie muszę, nawet wstać z łóżka :-). Nie ma też nikogo, kto stoi nade mną. Kto mnie kontroluje i rozlicza z zadań. Dlatego muszę nieźle kombinować, kiedy nadchodzi kryzys.

Składam publiczne obietnice. Działa, pod warunkiem, że cel jest możliwy do osiągnięcia. Nie sprawdziło się to w jednym przypadku „akcji blogmas”. Zobowiązałam się publicznie, by każdego dnia, zaczynając od 1-go grudnia aż do Świąt Bożego Narodzenia, umieszczać wpis na blogu o tematyce świątecznej. Poległam z kretesem. Fizycznie okazało się to niemożliwe. System zadziałał z kolei, kiedy byłam na diecie dr Dąbrowskiej. Zadeklarowałam, że będę zdawać tygodniowe relacje z przebiegu diety. I rzeczywiście, co tydzień pojawiał się nowy tekst.

Wspólne robienie czegoś. Kiedy jedna osoba ma kryzys, druga może wyciągnąć ją za uszy, zachęcić, zainspirować. Bardzo fajnie wspominam okres, kiedy wspólnie z koleżanką wyznaczałyśmy sobie cotygodniowe zadania do wykonania. W jednym tygodniu ja określałam, co to będzie za zadanie, w kolejnym koleżanka. Aby uznać zadanie za zaliczone, musiałyśmy udokumentować je w postaci zdjęcia. Cały „fun” polegał na tym, że temat przewodni zabawy nawiązywał do hasła „zrób coś dobrego dla siebie”. I tak na przykład musiałyśmy „kupić sobie bukiet kwiatów i postawić obok łóżka”, „urządzić sobie domowe spa”, „zorganizować dla siebie kolację przy świecach”, itp. Takie niby pierdoły, ale pozwalały pamiętać o tym, że nie samą pracą człowiek żyje i czas na przyjemności też trzeba znaleźć.

 

Na zakończenie podam ci kilka przykładów na to, co konkretnie robię, kiedy już naprawdę mi się nie chce i wszystko inne zawodzi.

  1. Patrzę na mapę marzeń – niby niewinna zabawa, tablica obklejona wycinkami z gazet, a mimo wszystko wpływa na podświadomość. Na mnie nie działają typowe wizualizacje. Choć wyobraźnię mam dużą, nie potrafię ich robić w sposób, który by wzbudził we mnie pozytywne odczucia. Ale już spoglądanie na mapę marzeń wywołuje dreszczyk emocji i uśmiech na twarzy. Przypomina mi o celu, do którego dążę. Mając go przed oczami, idę i robię swoje.

  2. Postanawiam zrobić tylko jedną najmniejszą rzecz, która przybliży mnie do wykonania zadania. Chcę mieć poczucie, że cokolwiek zrobiłam. Na przykład jeśli tworzenie wpisu na bloga idzie jak po grudzie, obiecuję sobie, że napiszę tylko spis treści. Potem nie będę się już męczyć. Najczęściej jednak, jak już powstanie zarys tekstu, to i wstęp. I idzie to jakoś dalej.

  3. Robię rzeczy, które nie wymagają mojego zbytniego zaangażowania. Te mniej kreatywne niż pisanie. Uczę się wtedy blogowania, pozycjonowania stron, zasad funkcjonowania mediów społecznościowych, itp. Albo zajmuję się projektami, które mnie ekscytują, które jednak zamierzałam zrealizować w późniejszym czasie. Włączam je wtedy w swój plan dnia i pracuję.

  4. Zmuszam się. Wstaję i robię mimo wszystko. Ostatnio usłyszałam wypowiedź Pani Swojego Czasu, która podkreślała, iż motywacja bierze się z działania, a nie działanie z motywacji. Jakie to jest prawdziwe. Na pewno przypominasz sobie sytuację, kiedy bardzo, ale to bardzo trudno było ci się za coś zebrać. Na przykład za bieganie. Przekładałaś trening z dnia na dzień, aż w końcu za namową koleżanki poszłaś pobiegać. W towarzystwie zawsze raźniej. Wyszłaś jeden raz, drugi, trzeci, dziesiąty. Początkowo każdego dnia walczyłaś ze sobą, ale dzień po dniu bieganie wchodziło ci w krew. Wciągnęłaś się i nie potrzebowałaś już nikogo u boku. Pamiętasz też z pewnością moment, kiedy po kilku miesiącach regularnego biegania choroba wykluczyła cię na dwa tygodnie z treningów. Czy potem tak samo łatwo było ci się zebrać i „zmotywować”? Nie sądzę 🙂 Gdy więc mi się nie chce, uświadamiam sobie, że jeśli nic nie zrobię, to mi się samo na pewno nie zechce.

  5. Czytam książki, które mnie inspirują. Włączam filmiki motywacyjne na youtubie. Słucham podcastu. Daję sobie godzinę i czekam co będzie. Jeśli uda mi się obejrzeć coś naprawdę inspirującego, posłuchać „historii sukcesu” (te lubię najbardziej), jestem tak pozytywnie naładowana, że natychmiast zabieram się do pracy.

  6. Zmieniam otoczenie. Wychodzę na spacer, idę do sklepu. Wykorzystuję okazję do tego, by zażyć trochę świeżego powietrza i dotlenić mózg, który być może po prostu jest zmęczony.

  7. Czytam ponownie wszystkie powody, dla których realizuję dany cel. Ojjj, pomaga :-).
  8. Odpuszczam. Czasem tak jest, że nie mogę się zebrać w sobie i już. Najczęściej dzieje się tak po nieprzespanej nocy albo kiedy poprzedniego dnia pracowałam od rana do wieczora bez dłuższej chwili odpoczynku. Znam już siebie na tyle, że wiem, iż krótki sen poskutkuje zaburzeniem koncentracji. Przemęczony mózg na 99% odmówi posłuszeństwa. Wtedy zupełnie świadomie nic na taki dzień nie planuję. Po prostu się lenię albo robię coś, co mnie zupełnie „odmóżdża”. Na przykład oglądam poranną telewizję śniadaniową albo filmiki ze śmiesznymi zwierzętami 🙂

 

************************************************************

Przedstawiłam ci już wszystkie moje metody i triki na to, jak się zmotywować do działania. Jestem bardzo ciekawa, co o nich myślisz. Jeszcze raz bardzo zachęcam cię do tego, byś podzieliła się własnymi sposobami i swoim komentarzem zostawiła znak, że tu byłaś. Zachęci mnie to bardzo do tworzenia kolejnych wpisów.


Prześlij dalej nie bądź taka
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o