Podsumowanie roku 2017 (część 1) – analiza sukcesów

Prześlij dalej nie bądź taka
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 7
  •  
  •  
  •  
  •  

podsumowanie roku

 

Jedną z bardzo ważnych składowych skutecznego wyznaczania celów jest podsumowanie roku, który właśnie minął i zamknięcie go grubą kreską (pisałam o tym w poprzednim wpisie „jak wyznaczać cele – skuteczne techniki i metody”). Dla przypomnienia: zamknięcie roku polega na skrupulatnej analizie wszystkich sukcesów i porażek oraz na ich podstawie wyciąganie wniosków i nauki na przyszłość. To również pełna akceptacja niepowodzeń, definitywne pogodzenie się z faktem, że popełniłyśmy błędy i coś nam nie wyszło. Czyli analizujemy, wyciągamy wnioski, a z pewnymi rzeczami się godzimy i o nich po prostu zapominamy.

Zgodnie z tą zasadą dziś podsumowanie mijających 12 miesięcy.

Postanowień noworocznych miałam zaledwie kilka, w ciągu roku natomiast podejmowałam coraz to nowe wyzwania, które konsekwentnie starałam się realizować. Piszę „starałam się”, bo jak to w życiu bywa, nie wszystko szło po mojej myśli. Wielu spraw nie udało mi się sfinalizować, ani nawet popchać w jakimś kierunku. Rok 2017 był jednak pod wieloma względami zdecydowanie lepszy od poprzedniego. Z kilku osiągnięć i podjętych decyzji jestem wręcz z siebie bardzo dumna, o porażkach po dokonanej analizie zapominam 😉 I idę dalej w przyszłość.

Podsumowanie roku podzieliłam na dwa osobne wpisy. Dziś chwalę się sukcesami. W kolejnym tekście zanalizuję porażki.

 

Sukcesywnie pozbywam się reklamówek i woreczków foliowych oraz ograniczam ich stosowanie

Na początku roku postanowiłam, że całkowicie zaprzestanę używania plastikowych toreb i woreczków dostępnych w marketach oraz pozbędę się zalegających w domu reklamówek. Trwało to 6 miesięcy. Wyjeżdżając z Węgier nie miałam ani jednej niepotrzebnej plastikowej siatki. Muszę powiedzieć, że jest to postanowienie z listy celów noworocznych, które konsekwentnie, z uporem maniaka, realizuję, i z którego wykonywania jestem najbardziej duma.
Jak się do tego zabrałam? Za każdym razem, kiedy kupowałam jarzyny lub inne produkty wymagające pakowania (na przykład kasze, ziarna, orzechy) zamiast sklepowych „foliówek”, używałam własnych torebek, które trzymałam w plecaku. Następnie przeznaczałam je na worki na śmieci. I tak do wyczerpania zapasów. Przestałam także kupować fabrycznie pakowane warzywa i owoce. Jeśli miałam do wyboru pomidory paczkowane oraz luźno leżące, zawsze wybrałam leżące luzem.
Zmiana podejścia i wyrobienie w sobie nawyku noszenia worków foliowych i przede wszystkim nie zapominania, że je mam, było całkiem łatwe. Teraz przychodzi mi to naturalnie. Nauczyłam się też informować sprzedawców, że zbędnych śmieci nie potrzebuję i wręczać im swoje worki, gdy na przykład kupuję kapustę kiszoną. Podobnie jest z ciuchami, butami, jakimkolwiek sprzętem – zawsze chowam towar do swoich toreb i konsekwentnie odmawiam przyjmowania sklepowych reklamówek.
To niesamowite jak bardzo jesteśmy bombardowani plastikiem. Zauważyłam to dopiero, kiedy przyjrzałam się zagadnieniu zaśmiecania naszej planety bliżej. Obserwuję zachowania ludzi w marketach i widzę, jak banany lub jabłka, które spokojnie luzem można włożyć do koszyka, pakowane są w torebki foliowe. Chce mi się coś z tym zrobić. Cieszę się, że mogę choć w ten niewielki sposób zadbać o matkę ziemię.

Wnioski:

  • Muszę zaakceptować fakt, że na chwilę obecną nie wykluczę całkowicie plastiku ze swojego życia, ponieważ jest on wszechobecny. Staram się jednak znaleźć złoty środek i ograniczać jego zużycie, kiedy tylko mi na to sytuacja pozwala.
  • Niestety warzywa i owoce bio zazwyczaj nie trafiają do mojego koszyka, bo w 95% znajdują się w plastikowych workach. Kiedy więc mam ochotę na organiczne jedzenie, kupuję je bezpośrednio od gospodarza. Chcąc nie chcąc płacę za nie więcej.
  • Nawyk używania własnych opakowań spowodował, że mam ochotę jeszcze bardziej zadbać o środowisko.
  • Dostałam ogromnego kopa motywacyjnego i uświadomiłam sobie, że tak naprawdę niewiele trzeba zmieniać w życiu, by poprawić jego jakość. Przy tak niewielkim nakładzie pracy i minimalnym wysiłku nowe nawyki jakby samoistnie wchodzą w krew.

 

Powrót do Polski

Tak jak nawyk stosowania własnych opakowań do niemal wszystkiego uznałam za najbardziej cenny, tak decyzja o przyjeździe do Polski była najlepszą, jaką podjęłam w roku 2017. Po kilku latach rozmyślań, bicia się z własnymi myślami praktycznie każdego dnia, w lipcu wróciłam na Dolny Śląsk. Cały proces dochodzenia do tej decyzji ciągnął się bardzo długo i kosztował mnie sporo energii oraz wiele nieprzespanych nocy. Raz byłam pewna wyjazdu, innym razem czułam, że to nie ten moment, że w Budapeszcie mam coś jeszcze do zrobienia. Przyjęłam więc następującą zasadę: „skoro nie jestem w 100% na tak, oznacza to, że jestem na nie”. Chciałam mieć pewność, że przeprowadzka jest tym, czego naprawdę potrzebuję i pragnę. W pewnym momencie wszystkie znaki na niebie i ziemi krzyczały „wracaj”. Zmiany organizacyjne w pracy, które spowodowały, że przestałam się utożsamiać z firmą oraz wypalenie zawodowe i podwyżka czynszu mieszkania, które wynajmowałam, to tylko niektóre sygnały mówiące mi, że czas się ewakuować.
Od momentu przeprowadzki, czyli od początku lipca 2017, byłam w Budapeszcie 2 razy i za każdym razem utwierdzałam się w przekonaniu, że powrót do Polski był rozsądnym posunięciem. Wiem, że podjęłam dobrą decyzję i nie było jednego dnia, abym jej żałowała. Wreszcie odżyłam. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy zrobiłam tyle rzeczy, ilu nie udało mi się przez ostatnie lata życia na Węgrzech. I mimo że moje 28-tysięczne miasteczko pod wieloma względami nie ma co porównywać z przepięknym Budapesztem, na chwilę obecną jest mi tu po prostu dobrze.

Wnioski:

  • Do pewnym decyzji trzeba dojrzeć i nie ma sensu ich na siłę przyspieszać. Wierzę, że na wszystko jest czas i miejsce. Cieszę się więc, że mimo wielu miesięcy walki z własnymi myślami, przeprowadziłam się w momencie, kiedy miałam 100% pewność, że tego chcę i potrzebuję.
  • Zabrzmi to banalnie, ale tak już jest, że kiedy szukam odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie, zawsze ją znajduję. Wielokrotnie pytałam siebie, Boga, wszechświat „zostać, czy wracać” i niejednokrotnie dostawałam odpowiedź. Inna sprawa, że zajęło mi trochę czasu, aby tę odpowiedź dostrzec i jej zaufać.
  • Prowadzenie budżetu domowego, a więc kontrola nad przepływem pieniędzy oraz zgromadzenie finansowej poduszki bezpieczeństwa ułatwiają podejmowanie tak trudnych decyzji. Cieszę się, że zadbałam o swoje finanse i dzięki temu mogłam spokojnie pozwolić sobie na dłuższe wakacje.
  • Musiałam zaakceptować fakt, że decyzja o półrocznej przerwie w pracy (bo tyle dałam sobie czasu na odpoczynek) automatycznie sprawia, że nie zarabiam, a wydaję. Pogodziłam się z tym, że zamiast zainwestować oszczędności, ja je będę konsumować. Perspektywa wybudowania domu się oddaliła, z drugiej strony zdrowie psychiczne poprawiło. Jestem szczęśliwsza, spokojniejsza.
  • Wracając do Polski miałam plan, jak zagospodarować czas wolny i przygotować się do ewentualnego powrotu do pracy. Tego planu nie zrealizowałam, o czym opowiem w porażkach.

 

Założenie bloga

Założenie bloga było wynikiem pogodzenia się z faktem, że pewnego celu nie jestem w stanie teraz zrealizować (szczegółami podzielę się w porażkach). Z założenia blog ma mnie motywować do wprowadzania pozytywnych zmian w życiu, a jednocześnie być może dać kopa motywacyjnego innym, jeśli akurat „walczą” z tym samym co ja. Innymi słowy, upublicznianie na blogu przedsięwzięć i podjętych decyzji oraz opisywanie moich zmagań ma mi pomóc wytrwać w tych postanowieniach i działaniach. Swoją funkcję póki co blog spełnia. W życiu nie ukończyłabym postu dr Dąbrowskiej, gdyby nie fakt, że zobowiązałam się do szczegółowej relacji z jego przebiegu.
Poza tym… fajnie mieć coś swojego. Prowadzenie bloga przynosi dużo satysfakcji. Zdobywam tu i rozwijam nowe umiejętności, uczę się, poszerzam horyzonty, poznaję ludzi.

Wnioski:

  • Proces tworzenia bloga był czystą przyjemnością. Praca nad szablonem strony, spersonalizowaniem jej, konfigurowanie hostingu, wtyczek, maili, newslettera, szablonów, tworzenie podstron, opracowywanie menu, dodawanie wpisów, usuwanie problemów i wiele wiele innych rzeczy, które wiązały się z wystartowaniem strony, tak bardzo mnie zaciekawiły, że w pewnym momencie zastanawiałam się, czy nie zgłębić tematu tworzenia stron internetowych i nie zacząć dokształcać się w tym kierunku. Może to jest jakiś pomysł na zawód?
  • Niby zdawałam sobie sprawę z tego, że blogosfera jest pełna osób piszących ciekawe treści, pewnie bardziej przydatne od moich, to jednak nie do końca miałam pomysł, jak skutecznie wypromować bloga. Jak sprawić, by trafił on do szerokiej gamy odbiorców, a już na pewno jakie podjąć działania, by blog przyciągnął stałych czytelników, którzy zechcą zaglądać tu regularnie. To był błąd.
  • Nie przewidziałam także, że tworzenie wpisów w moim przypadku okaże się tak czasochłonnym zajęciem, wymagającym bardzo, bardzo (!!) dobrej organizacji pracy. Dodanie jednego artykułu zajmuje mi zazwyczaj minimum dwa dni. Jest to czas spędzony na gromadzeniu materiałów, opracowywaniu zarysu tego, o czym zamierzam napisać, do tego dochodzi tworzenie samej treści oraz jej publikacja. To parę dni ciężkiej i wytężonej pracy. Tutaj zdecydowanie muszę popracować nad systemem i lepszą organizacją czasu.
  • Nie wiem także, czy dobrym posunięciem była świadoma rezygnacja z obecności na facebooku. Nie przemawia do mnie ten portal i nie chcę na nim być. Zasięg bloga pewnie na tym straci i muszę się z tym pogodzić. Coś za coś.
  • Założyłam bloga, popisałam przez chwilę i…. koniec. Muszę skupić się nad systematycznością, regularnością wpisów (nie wspominając o jakości) i zadbać o lepszą organizację pracy. W przeciwnym wypadku będę publikować z doskoku i blog się nie rozwinie.

 

Pomoc innym

W tym roku oddałam krew oraz zapisałam się w rejestrze dawców szpiku kostnego 🙂
„I czym tu się chwalić?” pomyślisz. W sumie gdy spojrzę na to, ile osób wspiera fundacje i pomaga potrzebującym na różnorodne sposoby oraz jaki zasięg ma ta pomoc, to moje małe gesty rzeczywiście nie są niczym nadzwyczajnym. Umieściłam je jednak na liście sukcesów, ponieważ a) chciałam oddać krew i zapisać się w rejestrze już wiele lat temu i zawsze działo się coś pilniejszego b) jak już się w końcu zebrałam w sobie, nie mogłam przestać się uśmiechać. Mam wręcz wrażenie, że sprawiłam tym więcej przyjemności sobie, aniżeli przysłużyłam się innym.

Wniosek:

  • Pomoc jest fajna 🙂 i często nie wymaga pieniędzy. Pomagajmy 🙂

 

Półmaraton

Decyzja o przebiegnięciu półmaratonu była bardzo spontaniczna. Nie osiągnęłam super wyniku, ale co z tego. Dystans 21 km pokonałam w 2 godziny i 7 minut. Biorąc pod uwagę, że przygotowywałam się do startu zaledwie 3 tygodnie, jestem dumna zarówno z rezultatu, jak i swojej postawy. Wszystko sprzyjało: temperatura powietrza, świecące słońce, kibice dopingujący na całej długości trasy. Biegło mi się fantastycznie. Nie dopadł mnie żaden kryzys, podbiegi mnie nie zaskoczyły. Na mecie wciąż miałam spory zapas energii. Pojawiła się też szalona myśl, czy może nie przymierzyć się w 2018 roku do maratonu?! Hmmm, chyba jednak nie :-).

Wnioski:

  • Nie byłabym w stanie przygotować się do „połówki” w tak krótkim czasie, gdyby nie fakt, że uprawiałam sport regularnie już na kilka miesięcy przed startem. Wprawdzie nie biegałam, ale mimo wszystko ćwicząc intensywnie w domu czułam moc w nogach. Kiedy na pierwszym treningu biegowym pokonałam 10 kilometrów bez większych trudności, wiedziałam, że ten szalony pomysł może się udać. Plan treningowy zrealizowałam w 100%.
  • Reżim, który wówczas sobie nałożyłam spowodował, że zaprzestałam innych aktywności sportowych. Na nic dodatkowego nie miałam po prostu siły. Nogi potrzebowały solidnego odpoczynku. Po półmaratonie siadła też motywacja i uprawianie jakiegokolwiek sportu odłożyłam na 2 miesiące. Następnym razem muszę więc do treningów podejść z większym rozsądkiem, nie forsować tak organizmu, a czas przygotowania rozłożyć na kilka miesięcy. 3 tygodnie to wyjątkowy przypadek i polecam się jednak do biegów długodystansowych dłużej przygotowywać.
  • Choć uwielbiam biegać i biegałam dużo, to jednak lepsze i bardziej zauważalne efekty związane ze zmianą sylwetki uzyskuję ćwicząc zestawy Chodakowskiej. Jeśli więc chciałabym w przyszłości popracować nad figurą, bieganie musi stanowić tylko dodatek.
  • Znowu wychodzi na to, że dobre przygotowanie i konsekwencja to klucz do sukcesu 😉

 

Ukończenie 6-tygodniowego postu Dąbrowskiej

Ukończenie postu dr Dąbrowskiej umieściłam na liście zeszłorocznych sukcesów, bo to może być wyzwanie. Wiedzą ci, co dietę stosowali 🙂 Powiem tak, nie było łatwo, miałam wrażenie, że żyję w jednym wielkim kryzysie, ale wytrwałam. Między innymi dzięki tobie. Myślę, że poddałabym się nie jeden raz, gdyby nie to, że moje zmagania opisywałam dość szczegółowo na blogu. Zobowiązanie do co tygodniowej relacji motywowało mnie, by jeść te warzywa i pisać, jak mi z tym jest. Rezultaty diety okazały się też całkiem nie najgorsze 🙂 Jeśli nie wiesz, czym jest post Dąbrowskiej, odsyłam cię do serii artykułów, które opublikowałam na przełomie kwietnia i czerwca 2017 oraz do książeczek wydanych przez dr Dąbrowską: „Ciało i ducha ratować żywieniem” oraz „Przywracać zdrowie żywieniem”, gdzie znajdziesz sporo informacji na temat diety, przykładowe przepisy, a nawet jadłospis przygotowany na 14 dni.

Wnioski:

  • Kiedy trzeba, wykazuję się konsekwencją i determinacją w osiąganiu swoich celów. Czyli wychodzi na to, że jednak jestem „uparciuchem” 😉
  • Odpowiednia motywacja pomaga przejść przez kryzysy. Dla mnie było nią opisywanie efektów na blogu. Schemat do wielokrotnego powtarzania.
  • Miło było mi czytać, że cię zainspirowałam. Zawsze też chętnie służę radą i cieszę się na każdą prywatną wiadomość oraz zostawiony komentarz. Taki jest cel i sens pracy nad blogiem, motywować siebie nawzajem.
  • Gdyby kiedyś w przyszłości przyszło mi jeszcze raz pościć, muszę menu wzbogacić o nowe potrawy i jeszcze bardziej urozmaicić jadłospis. Powinno być dzięki temu łatwiej wytrwać na diecie do końca.

 

Świadome zakupy

W tym roku dużą wagę przykładałam do tego, jaki jest skład produktów spożywczych, które kupuję. Czytałam każdą etykietę. Im więcej składników niewiadomego pochodzenia, tym częściej towar wracał na półkę. Oczywiście wciąż brak mi wiedzy na temat wszystkich „E” i innych spulchniaczy, ale wyrobiłam w sobie pozytywny nawyk, z posiadania którego jestem bardzo dumna. Kolejny, który nie wymaga jakichś specjalnych poświęceń z mojej strony.
Świadome zakupy to także kupowanie wyłącznie produktów i rzeczy, które są mi niezbędne do życia. Nie zagracanie mojej przestrzeni niepotrzebnie. To także zaprzestanie wyrzucania jedzenia. To świadoma decyzja, by kupować rzeczy od polskich producentów, a nie te made in China. To kupowanie produktów kosmetycznych, które nie są testowane na zwierzętach. Butów z tworzywa sztucznego, itp, itd.

Wnioski:

  • Przyznaję. Początkowo długie godziny spędzałam na analizie składu poszczególnych produktów. Teraz jednak wiem, co i gdzie kupować i nie zajmuje mi to dużo czasu. Praktyka czyni mistrza? 🙂 Będę o tym pamiętać ucząc się czegoś nowego 😉
  • Owszem, płacę więcej za niektóre rzeczy, na innych jednak sporo oszczędzam. Nie „wywalam pieniędzy w błoto”, ponieważ nie wyrzucam jedzenia. Bilans finansowy ostatecznie wychodzi na korzyść świadomych zakupów. Mój minimalizm mi w tym zdecydowanie pomaga.
  • Nie przykładam ręki do zabijania zwierząt i traktowania ich poniżej jakiejkolwiek godności. Wspierając polskich producentów, wspieram rozwój polskiej gospodarki. No ok, zabrzmiało trochę patetycznie 😉 Kończę więc.

 

Tak oto przedstawiają się moje zeszłoroczne sukcesy. A ty czego dokonałaś? Z czego jesteś najbardziej dumna?


Prześlij dalej nie bądź taka
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 7
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
  Subscribe  
Powiadom o