Życie i praca za granicą – czego mnie nauczyły lata spędzone na obczyźnie


Już od najmłodszych lat mogłam się domyślać, że życie i praca za granicą kiedyś mnie dopadnie. Odkąd pamiętam, zawsze byłam niezależna i uwielbiałam podróżować. Po raz pierwszy zostałam „wypuszczona w świat” zaledwie w wieku 3 lat. Rodzice z polecenia lekarzy wysłali mnie do sanatorium. Pamiętam ten moment, kiedy tato odprowadzał mnie do ośrodka i zostawił w pokoju. Zobaczyłam znaną panią z przedszkola i pobiegłam bawić się zabawkami. Oprócz tego z tamtego okresu mam zaledwie kilka mglistych wspomnień. Pamiętam na przykład pokój pełny łóżek, uchylone drzwi i zapalone na korytarzu światło wieczorem. Pamiętam też odwieczny problem z wsunięciem kozaków i to uczucie szczęścia, kiedy rodzice przyjechali w odwiedziny i zabrali do domu.

W szkole podstawowej zawsze stałam pierwsza w kolejce, kiedy można było wyjechać na zielone szkoły, uczestniczyć w międzyszkolnej wymianie uczniów. Kiedy tylko nadarzała się okazja do podróży, zmiany na chwilę miejsca zamieszkania, środowiska – zawsze byłam chętna. Gdzieś mnie ciągnęło w nieznane, lubiłam zmieniać otoczenie, poznawać nowe osoby, obserwować, jak żyją dzieci w innych miastach. Rodzice też chyba wyczuwali moją potrzebę podróżowania, bo nie zdarzyło się, bym nie mogła w jakimś wyjeździe uczestniczyć. Nie zdziwiłam się więc zbytnio, kiedy któregoś dnia poczułam, że życie i praca za granicą to coś, czego chciałabym doświadczyć. Uważam, że każdy powinien choć na kilka miesięcy wyjechać do innego kraju i przekonać się na własnej skórze, czym jest życie emigranta. Praca za granicą to szkoła życia, którą się na długo pamięta.

Czego dokładnie nauczyły mnie te lata spędzone w Anglii i na Węgrzech? Poniżej kilka spostrzeżeń.

Samodzielność i odpowiedzialność

Nie musiałam oczywiście opuszczać Polski, aby poczuć brzemię odpowiedzialności na plecach i mieć pełną swobodę w kierowaniu swoim losem i życiem. Zanim wyjechałam na wyspy, przez 5 lat mieszkałam w Gdańsku (mieście oddalonym 500 kilometrów od domu rodzinnego). Wtedy po raz pierwszy doświadczyłam życia na własny rachunek z dala od rodziny i znajomych. Zarabiałam i wydawałam oraz oszczędzałam swoje pierwsze pieniądze. Jest coś jednak w mieszkaniu w obcym kraju, co powoduje, że ta samodzielność objawia się trochę w inny sposób. Być może to kwestia zderzenia się z obcą kulturą i obyczajami oraz z nowym językiem powoduje, że samodzielność jest w dwójnasób widoczna. Wtedy najbardziej jesteśmy zdani wyłącznie na siebie. Przyjaciele i rodzina, którzy do tej pory byli gotowi przyjść z pomocą w każdej kryzysowej sytuacji, oddaleni parę tysięcy kilometrów przestają być na wyciągnięcie ręki. Trudno im jest doradzić nam w pewnych decyzjach, bo często po prostu nie znają specyfiki danego kraju, sytuacji tam panującej. Jesteśmy więc my i nasze sprawy, które każdego dnia, szczególnie na początku, trzeba samemu ogarnąć. Począwszy od wynajęcia mieszkania, pamiętaniu o rachunkach, poprzez naprawę różnorakich usterek w domu, kończąc na podejmowaniu poważniejszych decyzji finansowych.

Podejmowanie decyzji przychodzi z łatwością

Sama przeprowadzka do innego kraju jest taką rewolucją w życiu, że potem podjęcie kolejnych, nawet życiowo zwrotnych decyzji, przychodzi z większą łatwością. Zmiana pracy, mieszkania, czy choćby nawet przeprowadzka do innego miasta przestają być „wielkim halo”.  Życia i praca za granicą nauczyła mnie nie bać się zmiany jako takiej. Strach przed nieznanym często hamuje nas przed podejmowaniem decyzji i wyruszeniem ku lepszemu. Wywołuje lęk i niepewność o to, jak będzie wyglądał dzień następny, czy przypadkiem nie pogorszymy swojej obecnej sytuacji. Wszyscy znamy to uczucie, kiedy do końca nie jesteśmy z czegoś zadowoleni, a jednak tkwimy w miejscu z obawy przed zmianą. Takiego myślenia i podejścia do życia moje przeprowadzki na szczęście mnie pozbawiły. Nie jestem zadowolona z pracy? Poszukam nowej. Jest mi źle w miejscu, w którym mieszkam? Nie mam problemu rozpocząć życia gdzie indziej. Świat stoi przede mną otworem, życie mogę zmienić w każdej chwili. Ty też. Pamiętaj, od decyzji wszystko się zaczyna. W momencie jej podjęcia stawiasz przed sobą nowy cel, wyznaczasz w życiu kierunek i ruszasz z kopyta. A im częściej ją podejmujesz, tym lepiej to robisz.

Umiem czas spędzać samej ze sobą

Nie wiem, czy można być w życiu szczęśliwym, jeśli się nie potrafi żyć samemu ze sobą. W zależności od tego w jakim wieku podejmujemy pracę za granicą, czy wyjeżdżając dołączamy do znajomych, czy sami rzucamy się na głęboką wodę, konieczność przebywania w samotności może być większa lub mniejsza. Do Anglii wyjechałam zupełnie sama. Przeprowadziłam się do małej miejscowości, o której przedtem nigdy w życiu nie słyszałam, nie mając nawet w pobliżu dalszych znajomych. Wyjazd odczarował trochę mój strach przed samotnością. Okazało się, że mogę czerpać wiele przyjemności z przebywania samej ze sobą. Jestem w stanie bardzo dobrze zorganizować sobie czas wolny, nie nudzę się we własnym towarzystwie, cisza mnie nie przeraża i nie muszę jej zagłuszać radiem czy telewizją. Co prawda wciąż nie wyobrażam sobie samotnego wyjścia do klubu, ale nie jeden raz sama bawiłam się sama na koncertach, chodziłam do kina lub piłam kawę w restauracji. Mieszkania też już od kilku lat nie dzielę ze współlokatorami. Ku mojemu zdziwieniu odkryłam, że taki stan rzeczy bardzo mi odpowiada. Oczywiście uwielbiam towarzystwo innych osób. Jeśli jednak zdarzy się, że wieczory, a nawet całe weekendy muszę spędzić samotnie, wiem, jak wykorzystać ten czas najlepiej dla siebie.

praca za granicą

Jestem pewniejsza siebie

Przychodzi mi na myśl tylko jedno. Mogę wszystko! Życie i praca za granicą zmusiły mnie do wyjścia ze strefy komfortu i umocniły w przekonaniu, że cokolwiek bym nie robiła, po prostu dam radę. Wystarczy odpowiednia motywacja. Dziś jestem mądrzejsza, silniejsza oraz odważniejsza. Kiedyś poszukiwanie pracy osobiście, czyli chodzenie z jednego miejsca do drugiego i osobiste składanie CV, rozmowa z kimkolwiek na temat możliwości zatrudnienia wydawała się ponad moje siły. Okazało się jednak, że mogę stawić czoła nieśmiałości i pokonać swoje lęki. Dodatkowo konieczność pracy na stanowisku, które nie jest zgodne z moim wykształceniem i doświadczeniem zdobytym w Polsce dała mi przekonanie, że, nieskromnie powiem, jestem dobra we wszystkim co robię. Mogę być i agentem pomocy technicznej i pracownikiem hotelu, biura podróży, mogę pracować w dziale operacyjnym, a także kierować zespołem. Mój pracodawca zawsze będzie ze mnie zadowolony. Więc jeśli kiedyś przyjdzie mi zatrudnić się w księgowości, mam tę pewność, że i w tym się sprawdzę.

Poprawa umiejętności językowych a praca za granicą

Do Anglii wyjechałam z potrzeby nauki języka. Nie miało znaczenia, w jakim miejscu będę pracować, zależało mi wyłącznie na tym, by podszkolić się w angielskim. Wśród znajomym zawsze byłam tą najgorzej mówiącą osobą, w towarzystwie obcokrajowców wiecznie cicha i nieobecna, bojąca się odezwać. W pewnym momencie zaczęło mi to na tyle przeszkadzać, że zostawiłam swoje życie w Polsce i zaczęłam pracę za granicą. Plan nauki języka zrealizowałam dosyć szybko. Natychmiast po przyjeździe kupiłam radio, które grało w domu cały czas, książkę do czytania, w czasie wolnym spotykałam się z obcokrajowcami. Mówiłam oczywiście również po polsku – w Anglii rodaków nie da się nie spotkać (na całe szczęście) – ale jak tylko mogłam, otaczałam się ze wszystkich stron angielskim. Jego znajomość na tyle udało mi się podszkolić, że po około 7 miesiącach pracy, zatrudniono mnie w recepcji 4-gwiazdkowego hotelu.

Życie i praca za granicą nie gwarantuje jednak, że języka się szybko nauczysz. Zależy to do wielu czynników. Jeśli otoczony(a) jesteś wyłącznie rodakami i z nimi najczęściej spędzasz czas wolny, zakupy robisz w polskich sklepach, praca też nie wymaga od ciebie znajomości języka, sytuacja się skomplikuje i nauka nie przychodzi tak łatwo. Sama jeszcze kilka lat temu głosiłam, że to niemożliwe mieszkać w danym kraju parę lat i języka nie znać. Jak bardzo byłam w błędzie przekonałam się wyjeżdżając na Węgry.

W Budapeszcie mieszkam od 5 lat i wciąż nie jestem w stanie porządnie sklecić zdania, a nawet zrozumieć, co ci ludzie do mnie mówią. W moim odczuciu poniosłam porażkę. Pomimo ukończenia kilku kursów językowych znam wyłącznie podstawy. Zamówię posiłek w restauracji, w sklepie też sobie poradzę, natomiast w dyskusji, nawet na temat życia codziennego, brać udziału nie jestem w stanie. To jest język do nauczenia, co do tego nie mam wątpliwości, ale wymaga dużo cierpliwości i pracy, zdecydowanie więcej, niż włożyłam w naukę angielskiego. Tak więc mieszkanie u Madziarów nie pomogło, język nie chciał sam wejść do głowy. A po kilku latach bez widocznych rezultatów już też mi brakowało motywacji, aby stan rzeczy zmienić.

Nauczyłam się prosić o pomoc

Z „Zosi samosi” świetnie radzącej sobie w Anglii, po przeprowadzce na Węgry stałam się osobą, która wiecznie potrzebuje pomocy. Trzeba mi się było do nowej sytuacji przyzwyczaić, nauczyć się o pomoc prosić, jak również ją przyjmować – bez poczucia wstydu i uszczerbku na honorze. Do tej pory nie przychodzi mi to naturalnie i swobodnie, ale na swój sposób się do tego przyzwyczaiłam. Ludzi gotowych ci pomóc jest na szczęście całe mnóstwo i to zawsze napawało mnie optymizmem. Często, zanim o cokolwiek poprosiłam, znajomi jako pierwsi wyciągali pomocną rękę. A pomagali zarówno Polacy, jak i Węgrzy. W czym? We wszystkich pierdołach: zaczynając od zamówienia wizyty u lekarza, poprzez wizyty w urzędach, na pomocy w wynajmie mieszkania kończąc.

Oczywiście przychodzą takie chwilę, że to bardzo ciąży. Czasem nie miałam ochoty dzielić się pewnymi rzeczami z innymi (na przykład problemami zdrowotnymi), ale jednak umiejętność proszenia o pomoc bardzo się w życiu przydała, szczególnie tak niezależnej i samodzielnej osobie jaką jestem ja. Poza tym dzięki temu i ja też stałam się bardziej uważną na potrzeby innych i częściej oferuję pomoc, kiedy widzę taką potrzebę, bo wiem, jak to ważne i potrzebne.

praca za granicą

Otworzyłam się na ludzi

Podróże wyzwalają w człowieku potrzebę bycia z innymi w kontakcie. Nigdy w życiu nie byłam tak otwarta na drugą osobę jak właśnie za granicą, szczególnie w tym pierwszym okresie zaraz po przyjeździe, kiedy wszystko jest nowe i nikogo się nie zna. Z natury jestem nieśmiała, nie zagaduję obcych na przystankach, w kolejkach do kasy, w windzie lub będąc czyimś współpasażerem w pociągu. To nie leży w mojej naturze. Nie chcąc jednak czuć się samotnie w obcym państwie, za każdym razem uruchamiam w sobie pokłady odwagi i śmiałości, i zaczynam sama nawiązywać kontakty z kolegami w pracy, proponuję wspólne spotkania, wieczorne wyjścia do kina. Robię coś, co być może dla większości osób jest czymś zupełnie naturalnym, dla mnie jednak niekoniecznie. Ale jak widać mogę, jeśli sytuacja mnie do tego zmusza. Z otwarciem się na drugiego człowieka wiąże się także poznawanie obcych kultur i obyczajów. Mając wśród znajomych ludzi różnych narodowości, koloru skóry, wyznawców innych religii, sama inaczej spojrzałam na naszą kulturę, trochę z szerszej perspektywy. Poznałam nowe obyczaje, tradycje, smaki. Świat nabrał innych kolorów, a ja stałam się bardziej tolerancyjna, wyrozumiała i jeszcze ciekawsza tego świata.

Doceniłam to, co mam

Doceniam zarówno tego, co udało się osiągnąć w nowym miejscu, jak i to, co zostawiłam w kraju. Jakkolwiek bym nie była wkurzona na polski rząd, wściekła na niskie zarobki, na zimne lata, dziury w drogach, nigdy w życiu nie narzekam na swój kraj i na Polaków. Wręcz przeciwnie – chwalę w wniebogłosy. Okazuje się, że gdzieś indziej ludzie też borykają się z problemami dnia codziennego, gdzieś indziej pogoda może być gorsza niż w Polsce, a rząd jeszcze bardziej porąbany. Uwierz mi, mężczyźni w sandałach i białych skarpetkach, narzekactwo powszechnie przez rodaków uważane za sport narodowy, nie jest niczym niezwykłym. Tacy na przykład Węgrzy jeszcze bardziej narzekają na swój kraj, ludzi i życie, a tatusiowe tutaj też zakładają skarpetki do sandałów. Tak więc spokojnie, nie jesteśmy tacy najgorsi.

Mieszkając za granicą pojawia się też tęsknota i świadomość, jak ważna jest rodzina i bliski z nią kontakt. Rozmawiać można oczywiście przez telefon czy na Skypie, jednak potrzeba przebywania z kimś, kto jest nam bliski i kocha nas miłością bezwarunkową staje się ogromna. Dla mnie zawsze takie znaczące były niedziele, które na Węgrzech czy w Anglii były kolejnym dniem tygodnia bardzo podobnym do poprzedniego, podczas gdy w Polsce miały swój rytm. Był rosół na obiad (kiedy jeszcze jadłam mięso), program przyrodniczy relacjonowany głosem Krysytny Czubówny, a popołudniu odwiedziny u babci, która zawsze czekała z ciepłą herbatą i ciastem na stole. Te wspomnienia wracają i się je na obczyźnie zdecydowanie bardziej docenia.

A czego ciebie nauczyło życie i praca za granicą? Dodaj coś od siebie w komentarzach. Bardzo jestem ciekawa twojego spojrzenia w tym temacie.

(Visited 124 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Życie i praca za granicą – czego mnie nauczyły lata spędzone na obczyźnie"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy
Marta
Kolejny swietny tekst na Twoim blogu. Ja obecnie mieszkam od 6 lat w Holandii, a wczesniej przez rok bylam na studiach w Austrii. Nigdy nie planowalam wyprowadzac sie z Polski, bo mialam tam dobra prace i w sumie wszystko czego potrzebowalam. Jednak mieszkaniep poza Polska, bardzo otworzylo mi oczy na swiat. Poznalam wspaniale osoby z bardzo roznych krajow i srodowisk. Mialo to tez pozytywny wplyw na moj rozwoj osobisty. Przestalam sie tak zamartwiac i narzekac. Teraz mam piekny dom, super prace(w mojej wymarzonej firmie), kochajacego meza ze Slowacji i obecnie pracuje nad poprawa swojego zdrowia stad zainteresowanie postem Dr Dabrowskiej… Czytaj więcej »
wpDiscuz